Informacje o autorach strony
Ustaw jako stronę startową Napisz do nas Dodaj stronę do ulubionych
 

 

powrót do menu: sekcja regionalna SKNH

Kamil Śmiechowski

Dziedzictwo kłopotliwe czy oryginalne ? Casus łódzki

Brama fabryki Izraela Poznańskiego

"Piękna fabryka w centrum Łodzi wyleci w powietrze. Już są wywiercone dziury pod dynamit. A to wszystko za zgodą wojewódzkiego konserwatora zabytków". Te skandaliczne wiadomości dotyczące losu dawnej "Norbelany" przynoszą nam najnowsze wydania gazet. Dobry to moment, aby sformułować kilka uwag dotyczących stanu świadomości historycznej łodzian na przykładzie losu zabytków w przestrzeni miasta.

Łódź, rozwinięta w wyniku XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, dotknięta w znacznym stopniu - zwłaszcza z powodu zmian składu narodowościowego - daleko idącej wymianie mieszkańców w okresie po II wojnie światowej, od niemal zawsze ma problemy z wypracowaniem własnej świadomości historycznej. Rzecz to bez wątpienia zrozumiała, zwłaszcza jeżeli porównać miasto z takimi ośrodkami o ukształtowanej wielowiekowej tradycji, jak Piotrków czy Kalisz. Nie pozostaje tajemnicą, że wiedza łodzian na temat przeszłości ich grodu jest, w przeważającej mierze - żenująco niska. Przyczynę takiego stanu rzeczy nietrudno zdiagnozować. Jest to pochodna faktu młodego wieku tego ośrodka jako metropolii, z czego notorycznie wysnuwany jest absurdalny wniosek o braku (ciekawej) historii oraz rzekomej brzydocie miasta., z wielką ochotą wykorzystywany prze decydentów w ostatnich dziesięcioleciach. Wiele osób i instytucji od wielu lat z sukcesami podejmuje trud zmiany tego stanu rzeczy. Aby jednak osiągnąć wymarzony cel należy w sposób jednoznaczny ustalić te elementy, które w sposób największy kształtują tożsamość Łodzi.

Rolę taką z pewnością spełnia przestrzeń miejska, będąca funkcjonującą po dziś dzień niezwykłą w skali świata pamiątką burzliwych lat Ziemi Obiecanej. Wspomniana przestrzeń, na którą składają się w równej mierze obiekty przemysłowe oraz mieszkaniowe, począwszy od zakończenia wojny ulega systematycznej dewastacji z tytułu zaniedbania oraz świadomego niszczenia. Za wyjątkiem aktywności okupanta hitlerowskiego przejawiającej się w zniszczeniu judaików oraz polskich pomników i symboli narodowych, a także terenu getta, Łódź wyszła z wojny bez poważnych zniszczeń. Dawało to szansę na zachowanie w świetnym stanie centrum Łodzi jako przykładu miasta przełomu XIX i XX wieku. Niestety z przyczyn politycznych, to co stanowiło istotną wartość, było uważane za dziedzictwo wstydliwe, symbol kapitalizmu i "rządów burżuazji".

Pierwszym, spektakularnym przykładem procesu dewastacji była niewątpliwie budowa trasy NS, czyli ciągu ulic Zachodnia - Kościuszki w latach 50-tych ubiegłego stulecia. Przy jej okazji zniszczeniu uległa, nie wypełniona zabudową aż do dziś, wschodnia strona ulicy Zachodniej. Zniszczono stary cmentarz żydowski, który na uhonorowanie czekać musiał jeszcze przez pół wieku. Podobny charakter miała niewątpliwie likwidacja historycznej ulicy Głównej w czasie budowy trasy WZ. Obie te inwestycje przyniosły w tkance miejskiej negatywne skutki. Ciąg północ - południe, ulokowany zbyt blisko ulicy Piotrkowskiej bardzo szybko się zapełnił, degradując reprezentatywny charakter dawnej łódzkiej Promenady. Trasa wschód - zachód de facto podzieliła miasto na dwie części. Na szczęście nie doszło do zrealizowania projektu budowy łódzkiego odpowiednika pałacu kultury, który miał zajmować obszar kilku hektarów w okolicy dzisiejszego Centralu. Rok 1973 przyniósł barbarzyństwo w postaci likwidacji ostatnich zachowanych domków tkackich z lat 20-tych XIX wieku, znajdujących się przy Piotrkowskiej(!) Powodem tej decyzji było założenie władz jakoby te parterowe budynki ujmowały miastu prestiżu.

Budowa wielkich osiedli mieszkaniowych odbywała się kosztem inwestycji na Śródmieściu, co doprowadziło w rezultacie do znacznej deklasacji tych terenów. Wiele placów po wyburzonych śródmiejskich kamienicach po dziś dzień nie została odbudowana. Jedna z elegantszych łódzkich ulic, Wschodnia stała się po wojnie miejscem o niezbyt przychylnej opinii. Także wielkie zakłady przemysłowe wykorzystywały zabytkowe budynki w sposób rabunkowy. Również gmachy użyteczności publicznej nie zawsze były użytkowane w sposób właściwy. Najlepszym dowodem jest niewątpliwie los budynku Towarzystwa Kredytowego przy ulicy Pomorskiej, który został opuszczony przez zajmujący go Instytut Stomatologii w stanie katastrofalnej dewastacji. Przykładów zniszczeń możnaby mnożyć.

Zmiany w tkance miejskiej w latach PRL-u miały na celu, często źle rozumianą modernizację. Argumentowano wówczas, że rozwój miasta jest celem wznioślejszym niż dbałość o jego historyczny kształt. Stąd wynikały daleko idące przeobrażenia takich połaci miasta jak popularny Manhattan, okolice dworca fabrycznego i kaliskiego. W tym ostatnim przypadku owa "modernizacja" doprowadziła w końcu do likwidacji jednego z najciekawszych budynków dworcowych w Polsce poprzez zastąpienie go obiektem niewiele lepszym, trwających przez wiele lat i nie dokończonych do dziś robót drogowych na szeroką skalę, wreszcie marginalizacji tego miejsca w świadomości łodzian.

Po roku 1989 Łódź musi zmierzyć się z nowymi problemami. Zaniedbania półwiecza stanowią istotny problem dla administratorów starych budynków, przede wszystkim gminy, której nie stać na konieczne inwestycje i programy rewitalizacyjne. Dotyczy to w nie mniejszym stopniu kamienic prywatnych. Często rozbiórki stają się jedynym rozwiązaniem. Odnowienie fasad przy Piotrkowskiej bynajmniej nie rozwiązuje tego problemu. Wille i pałace, o ile nie trafią pod opiekuńcze skrzydła wielkiej instytucji, jak pałac Biedermanna, przez lata niszczeją w oczekiwaniu na potencjalnych nabywców. Nowym zagrożeniem jest zdewastowanie historycznych obszarów przemysłowych. Objęte ochroną konserwatorską odstraszają one inwestorów ze względu na wysokie koszty adaptacji. Przykład Manufaktury jest jednym z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę. Gdy już dochodzi do inwestycji fabryki ulegają przekształceniom niszczącym ich pierwotny charakter. Tak dzieje się na przykład na terenie dawnej fabryki Grohmana użytkowanym przez specjalną strefę ekonomiczną. Inne obiekty, często stanowiące istotną wartość kultury spotyka okrutny los. Tak stało się z scheiblerowską nową tkalnią, którą w 1987 roku odwiedził Jan Paweł II. W wyniku działalności nieuczciwego inwestora obiektu tego nie da się już w praktyce uratować.

Okres PRL odcisnął głębokie piętno także w świadomości współczesnych włodarzy miasta. Wspomniany we wstępie artykułu przykład Norbelany to nie jedyny dowód na niezrozumienie potrzeby zachowania niezwykłej przestrzeni miejskiej w Łodzi. Największym problemem jest brak kompleksowego planu działania. Zabytki łódzkie stanowią ciężki bagaż, z którym nie wiadomo co zrobić. Tylko świadomość, że również takie miejsca jak Księży Młyn, nie tylko zaś Piotrkowska, na którą notabene władze też nie mają pomysłu, stanowi tożsamość Łodzi i może uczynić ją miastem atrakcyjnym nie tylko dla turystów, lecz przede wszystkim mieszkańców. Inną bolączką jest bezradność na dewastację zabytków łódzkich. Z reguły urzędnicy dowiadują się o takich przypadkach ostatni. Często podejmują skandaliczne decyzje jak znamienny przykład zgody na wyburzenie zabytkowej elektrownii w dawnej fabryce Schweikerta. Apele prywatnych osób do mediów powstrzymały demontaż urządzeń jedynej bodaj na świecie elektrowni wybudowanej w stylu secesyjnym na terenie imperium Scheiblera.

"Takie miejsca jak śląskie kopalnie czy Nowa Huta stały się dziś atrakcyjnymi terenami poszukiwanymi przez grupy turystów. Szczególnie tych z Zachodu, bo u nich dawno skończyła się era przemysłowa. Wielkie huty i kopalnie znikają, a ich miejsce w gospodarce zajmują ciche sale pełne biurek i komputerów. Obiekty, jakich na Górnym Śląsku jest pełno, we Francji, w Anglii czy Niemczech przeważnie wyburzono albo zmieniono w tętniące życiem eleganckie dzielnice artystyczne". Ten przydługi może nieco cytat zaczerpnięty z tygodnika "Ozon" oddaje chyba najlepiej ogólnoświatową tendencję zainteresowania klimatami rodem z ery przemysłowej. Dowody tego znaleźć możemy nawet wśród z roku na rok coraz liczniejszych turystów z zachwytem penetrujących unikatowe uliczki na Księżym Młynie. Tyle tylko, że w odróżnieniu od miast na zachodzie, w Łodzi istnieje realna groźba, że za kilka lat nie będzie już czego zobaczyć. W czasach dostępu chociażby do środków z Unii Europejskiej warto podjąć trud przemiany miasta, w światowy przykład twórczego wykorzystania przemysłowego dziedzictwa, jakim pozostaje jedyna w swoim rodzaju, niezwykła przestrzeń miejska. Tylko szanując przeszłość, Łódź może otworzyć sobie szansę na jutro.

 

 

Copyright © by Łukasz Krawczyk 2000-2007. Wszelkie prawa zastrzezone.