Informacje o autorach strony
Ustaw jako stronę startową Napisz do nas Dodaj stronę do ulubionych
 

 

TRYPTYK ŁÓDZKI

 

Dobrze, że jest w Łodzi ulica...

Tyle razy byłem już na tej ulicy, tyle razy oglądałem stojące przy niej domy, byłem tam rankiem, byłem po obiedzie, byłem wieczorem i w nocy, ale tak do końca nie wiem jaka ona jest i co się na niej znajduje. Byłem też w Krakowie, który posiada wspaniałe Stare Miasto, Wawel, Rynek z Sukiennicami i Kościołem Mariackim, te wszystkie ciasne uliczki z małymi, trochę malowniczymi kościołami i starymi kamieniczkami. Podobnie jest w Gdańsku, czy Wrocławiu. I choć czasami nachodzi mnie nieopisana tęsknota by podreptać po miejscach po których chadzał ten to, czy inny król, ten czy ów szewczyk, czy może rycerz, to wiem, że ja pochodzę z innego miasta i po tym innym mieście drepczę. Wiem też, że ta mieścina nie jest tak bajeczna jak Kraków, że nie ma w niej ani zamku, ani Sukiennic, ani małych, trochę dziwnych kamieniczek. Nie ma w niej nawet tych starych, malowniczych kościółków. Są natomiast wielkie gmachy, wielkie domy i wielkie kościoły. Nie są one bardzo stare. Wszak Łódź nie jest miastem w stu procentach średniowiecznym. Wtedy powstała, w XV wieku, a nawet wcześniej, twierdzi się, że istniała już w XII i XIII wieku, ale najstarsze elementy jej historii datują się głównie na XIX, a z bardzo rzadka na XVIII wiek. Wśród tych elementów jest jednak jeden, który swym kształtem, swoim wyglądem, charakterem jest tak samo, a może nawet i bardziej bajkowy i malowniczy od krakowskiej Starówki. To ulica Piotrkowska, najbardziej znana i najpiękniejsza ulica w Łodzi, a niektórzy mówią, że i w Polsce. Co ciekawe rodowód Piotrkowskiej to nie wiek XIX, ale co najmniej XIV. Jest to bowiem średniowieczny trakt królewski z Torunia do Krakowa. Dawniej była to kręta droga, biegnąca pośród ostępów Puszczy Łódzkiej. Z owej puszczy niewiele do dziś zostało, a i sam trakt wyprostowano w XIX wieku tak, że jest on dokładnie linią prostą, długości około czterech kilometrów. Ten ukształtowany ostatecznie około 1824 roku trakt posiada wspaniałą architekturę, której najstarsze elementy sięgają swoim rodowodem do lat 20-tych XIX stulecia. Cała Piotrkowska jest piękna choć najbardziej cenny odcinek biegnie od dawnego Rynku Nowego Miasta po Aleje Józefa Piłsudskiego i Adama Mickiewicza. Jest to ulica, w której mogę odnaleźć tą krakowską bajkowość i malowniczość. Nie jest ona tak śmiesznie, a zarazem cudownie niezgrabna i mała jak kamieniczki i kościółki krakowskie, ale w swoim ogromie posiada niemal wszystkie elementy architektury krakowskiej.

Odnaleźć tu mogę wszystkie style architektury, choć w formach "neo", ujętych jednak nie mniej doskonale niż pierwowzór. W wielkich, wielopiętrowych kamienicach, pałacach, potężnych kościołach ukryta jest delikatność, harmonia i smak. Brakuje tym wszystkim budowlom jedynie nutki pewnej historii, ale nie tej dwustuletniej, czy stuletniej, którą posiadają, ale tej czterystu, czy sześciuset letniej. Dokucza mi też brak spokoju, ciszy, bo na Piotrkowskiej ciągle coś się dzieje, a poza tym te samochody, autobusy, tramwaje. Jak pięknie byłoby się przejść w zupełnej, niczym nie zakłóconej ciszy. A jest gdzie dreptać.

Poszedłbym od Górniaka do Reymonta, po drodze powiedział dzień dobry Góralowi, spojrzał na Władka, który trzyma kłosy zboża w masywnych dłoniach. Za Placem, którego pilnuje Władek R. stoi śmieszny, mały dworek, taki zupełnie niepasujący do otaczającego go świata wielkich murowanych potworków. Wybudował go Ludwik Geyer w 1830 roku, pierwszy fachowiec od przemysłu w mieście. Dalej idę mostkiem nad stawem na jednej z łódzkich rzek - Jasieni, który najlepsze czasy ma już chyba dawno za sobą. Uwięziony w betonowym kanale nie ma w naszych czasach nic do powiedzenia, a przecież kiedyś był czysty i bystry, mógł płynąć tak jak chciał i gdzie chciał. Dziś nikt nie pomyślałby poważnie aby ponownie wypuścić go na wolność, to przecież jeszcze jeden dodatkowy problem, których nie brakuje. Już z mostku widać wspaniały, biały gmach fabryczny. To Fabryka Ludwika Geyera, początek XIX wieku, a dokładnie 1835 rok. Dziś wspaniałe Muzeum Włókiennictwa, ponoć jedyne takie w Polsce. Ja wolę popatrzeć na białe mury, które na starym obrazie stoją na żółtym piasku i glince, bo wtedy Piotrkowska nie była jeszcze brukowana. Jakże trudno wyobrazić sobie dzisiaj wyboistą i błotnistą drogę, przy której stoją dostojne gmaszyska, a tak to przecież kiedyś musiało wyglądać. Kawałek dalej pierwszy z tych dostojnych gmachów. To kościół ewangelicki św. Mateusza, wspaniały, romański z pięknymi witrażami. I ta wieża... potężna, niewysoka, ale ogromna. Ile waży każdy z ciosów, które widać w kościelnych ścianach? A może to tylko sprytny wybieg architekta, który tylko tak te mury ustylizował? I tylko jedna, drobna wada - Anno Domini 1908-28... Dalej, spoglądam na prawo, choć po lewej co innego już wzrok przyciąga. A tam na prawo u biskupa Tymienieckiego stoi ogromny, dziwaczny dwór szlachecki. Ale czy to istotnie dworek? To jednak Bielnik Kopischa, czyli fabryka, ale za to jaka, najstarsza w mieście. Wybudowana w latach 1824-25, przetrwała do dzisiaj, i cieszy mój wzrok wspaniale odnowioną fasadą, a i wewnątrz ponoć wszystko jest na miejscu... szczególnie te drewniane stropy...

Ale oczy wracają już na lewo. Tutaj wzrok musi sięgać wysoko, chyba ponad sto metrów ku niebu. To Bazylika Archikatedralna św. Stanisława, nie ze Szczepanowa, ale Kostki, bo to święty nowocześniejszy. Dostojność tej gotyckiej świątyni, jej potęga i ogrom wprawiają w zdziwienie. Każdy detal gotyku tu jest: ostrołuki, szkarpy, pinakle, witraże i ta zupełnie nietypowa żółta cegła... jak to ktoś stwierdził: akademicki neogotyk. A wnętrza? To jest dopiero coś niesamowitego. Wejście do przestronnej i widnej kruchty, a dalej już tylko niezmierzona średniowieczna surowość, mrok, tajemniczość i przeszywający chłód. A przecież katedra to dopiero lata 1901-12. Wspaniałe, stylowe ołtarze, ten wielki fundacji barona Heinzla i boczne od łódzkich robotników. I ta niezliczona ilość pomników i tablic pamiątkowych. Oczywiście jest też krypta grobowa, bo pod posadzką spoczywają nie królowie, ale łódzcy biskupi. Był i Dzwon Zygmunt, wspaniale zdobiony, z herbami rzemieślniczymi i zdobnymi napisami, ale on niestety nie przetrwał Pierwszej Wojny, szkoda, że nikt nie chciał go zrekonstruować. Katedra, choć ma dopiero sto lat, to prawdziwy majstersztyk czasów współczesnych. A naprzeciw Katedry pałac, trochę smutny bo nikt nie zafundował mu od dawna remontu. To dawna własność rodu Scheiblerów. Styl eklektyczny, niewielkie rozmiary, ale za to śliczna rogowa wieżyczka. I z tego co mi wiadomo piękne polichromie wewnątrz. A za nim, jaka odmienność, Pałac Fryderyka Wilhelma Schweikerta, pięknie odnowiony wraz z przylegającymi zabudowaniami. Wspaniała rezydencja z ogrodem z tyłu, a jest taka młoda, bo powstała w latach 1910-12.

Dalej, po lewej mały, zniszczony dom, styl klasycystyczny, ale za to pierwsza murowana chałupa mieszkalna przy ulicy - 1843 rok. Za nią, po prawej Fabryka Markusa Silberstaina, wielki, ceglany zamek. A tuż za nim kamienica Hertiga, zwana pałacem, pięknie zdobiona i pięknie odnowiona, XIX wiek, który odrodził się w wieku XXI. Teraz odcinek dość długi, ale nieco mniej ciekawy, bo tutaj nie uszanowano starej zabudowy i poprzetykano ją "nowościami". Ale i tutaj odnajdę coś starego i pięknego, kilka eklektycznych kamieniczek no i Pałac Ewa lda Kerna, renesansowy, z 1895 roku, nieco zaniedbany i przeraźliwie brudny. Może i on doczeka lepszych czasów. Dawniej stały tu także domy tkaczy, najczęściej drewniane, ale dzisiaj nie pozostał po nich żaden ślad. Eksterminacja doskonała z lat 70-tych XX wieku, bo trzeba było wybudować Manhattan. Już Aleje... dopiero teraz wejdę w tą najbardziej bajkową krainę. Chwilowa przerwa ponieważ tutaj jest nowoczesne centrum Łodzi, ale już za Alejami ponownie zaczyna się ten inny, starszy świat. Wchodząc na drugi odcinek Piotrkowskiej widzę po prawej "starożytną" budowlę, bo kamienica Bechtolda to styl empirowy. Ale cóż ona. Na lewo dopiero widok. Cały rząd fantastycznych fasad przepełnionych wykuszami, gzymsami, balkonami, dziwnymi, spadzistymi daszkami i wieżyczkami. Od ceglanej kamieniczki Floriana Jarischa, poprzez ciemny Pałac Kindermanna, aż do bajkowo malowanej, secesyjno-gotyckiej kamienicy pabianickich rodów Krusche i Ender, i dalej do renesansowego Pałacu Kindermanna z piękną mozaiką na fasadzie. A na tej mozaice ruch; łódź, kupcy, handel, gwar.

A teraz naprzeciw inna budowla. Wysoka, z dużymi balkonami i śmiesznymi, zaokrąglonymi zwieńczeniami. To secesyjna kamienica Schichtów z 1905 roku. Za nią nowoczesne kasyno w niskim, barokowym budynku. Mijam Nawrot i wchodzę w kolejną, nieco inną krainę. Tutaj jest największy na Piotrkowskiej ruch. Tutaj najwięcej ludzi. To już rejon Pasażu Schillera, znanego aktora łódzkiej sceny teatralnej. To tutaj jest dziwaczna kamienica Salomona Bahariego pod numerem 107, zdobiona tak niesamowicie i tak strasznie. Tutaj dumnie pręży swoje mury Pałac barona Ludwika Heinzla von Hohenfels, już od 1882 roku. Wszystek renesans w nim siedzi, okna, wykusze, attyka z pomnikiem na szczycie i te kolorowe tablice herbowe. Aż zachwyca się siedzący na swojej ławeczce przed gmachem Julian Tuwim. Potrzyj jego świecący nos, a z pewnością szczęście cię nie ominie. Po lewej kolejna kamieniczka z kopułką, która wygląda tak jakby była wrośnięta w ścianę. A naprzeciw Esplanada, piękna i delikatna secesja z 1909 roku, i w dodatku jak smakuje. Na rogu Tuwima i Piotrkowskiej Dom Buta, dziś duży budynek handlowy, a więc tak jak dawniej, kiedy rządził tu kupiec Schimmel. Za nim ciemne gmaszysko, a obok gość, który znużony chodzeniem po ziemi, stąpa po ścianie ku górze i czyta gazetę znudzony otaczającym go światem. Czy wejdzie na dach budynku Siemensa? Zgadnij! Ale cóż to takiego dalej, na prawo? To znów kolejny cud architektury, chyba najpiękniejszy przy Piotrkowskiej. To dom łódzkiego drukarza Jana Petersilgego. Powstał w 1896 roku, ma chyba wiele cech, które nakazują uważać go za gotycki, choć czy tak do końca? Nie to jest jednak ważne. Ważne jest to, że jest to budowla piękna, malownicza, bajkowa. I ten strażnik w niszy wykusza. To wynalazca druku Gutenberg, on też lubi spoglądać na ulicę, może zrzuca litery przechodniom na głowy? Dochodzę do Pasażu Rubinsteina. Tutaj jakby architektoniczne zagłębie. Po lewej piękny renesansowy Pałac Goldfedera, zajrzyjcie do środka, dobrze radzę. Po prawej eklektyczna kamienica, w której mieszkał sławny pianista Artur Rubinstein. Widać, że mocno związał się z tym miejscem, bo siedzi przed swoją chatą na kluczu wiolinowym i pogrywa na fortepianie. Na to wszystko spoglądają z przeciwległej ściany Zasłużeni. Od króla Jagiełły, który nadał miastu prawa miejskie w 1423 roku, przez Staszica, który bywał w okolicy, aż po tych najnowszych łodzian, którzy coś temu miastu dali ze swojego życia. Przyznaję jednak, że miasto spłatało im małego psikusa wyolbrzymiając ich wizerunki do ponad naturalnych rozmiarów. Cóż, przecież to wielcy łodzianie. A na prawo narożny, barokowy gmach Towarzystwa Akcyjnego imć pana Geyera. Wspaniała wieżyca i te piękne damy podpierające naczółki okien. Zajrzyjmy głębiej, w małą, wąską uliczkę. Dziś zwie się ulicą Stanisława Moniuszki, ale kiedyś był to Pasaż Ludwika Meyera. Ów facet pobudował w 1887 roku cztery renesansowe pałacyki, które można oglądać tam do dziś. Mają one piękne fasady. Kiedyś były tu również ogrody, ale dziś po jednym z nich pozostały jedynie resztki. Niemniej Pasaż jest jedną z tych bardziej cichych uliczek Śródmieścia Łodzi, takim małym, innym światem. No ale wróćmy na nasz Trakt Królewski. Z towarzyszem Geyerem sąsiaduje najbardziej znany łódzki hotel - Grand. Powstał w 1887 roku, choć sam budynek jest jeszcze starszy. Ile to sławnych osobistości bywało w jego wspaniałych, eklektycznych wnętrzach. Choć z zewnątrz, przyznać muszę, tego piękna to tak do końca nie widać. Za "Grandką" Piotrkowska zmienia powoli swój charakter. Staje się coraz spokojniejsza, choć architektura jest jeszcze dostojna i monumentalna. Po lewej dwie piękne kamienice. Pierwsza barokowa, zwana dawniej Pałacem, była własnością Hermana Konstadta. Powstała chyba w 189którymś roku. Jest po prostu kapitalna, ze swoim wykuszem, zwieńczonym strzelistą wieżycą, który podpierają dwaj potężni Atlanci. I ten detal architektoniczny. Obok eklektyczna własność Poznańskiego, z czerwoną cegłą i mansardowym dachem. I już mijamy prezydenta Gabriela N. Za nim ulica jest jeszcze spokojniejsza, choć nowoczesność walczy tu jeszcze zawzięcie. Po prawej cały zespół skromnie zdobionych kamieniczek. Za to ten zespół po lewej to dopiero coś. Mieszanka eklektyzmu i secesji. Wśród tej drugiej drużyny Dom pod Kasztanami, powstały pierwotnie w 1870 roku, a rządził tu imć Kohn. Partneruje mu Dom Bankowy imć pana Landaua, na rogu Więckowskiego, ciemny, wysoki, z wieżą, z 1903 roku. Mijamy go i wchodzimy w odcinek Piotrkowskiej, który we mnie wzbudza najbardziej pozytywne emocje. Pewnie dlatego, że swoją skromnością, prostotą, klasycznym stylem najbardziej upodabnia się do prawdziwej starówki. Małe, na ogół piętrowe lub dwupiętrowe domy, coś pięknego. I ten ostatni po lewej, na rogu Próchnika, z 1860, stary, klasycystyczny - tutaj mieszkali Peterowie, czy też jak kto woli Petersowie. Dalej jednak mamy kolejny kontrast, wystrzał potęgi. Te trzy domy, kamienica Scheiblera, wielka, z 1881 roku, z rogowym, ogromnym wykuszem, przykrytym kopułą, naprzeciw niej druga, z 1894 roku, zaprojektowana przez Landego i spójrzcie na tą fasadę, czegóż tam nie ma? A za nią kolejna zielonego koloru, z wykuszem i ładnym, mansardowym dachem. A za nimi już tylko cudowny spokój. Znów małe, niskie domki, skromne, takie trochę bajkowe. To Nowe Miasto, najstarsza część Łodzi przemysłowej. Tutaj zawsze czuję się jak na prawdziwej starówce, mimo, że ten odcinek liczy zaledwie kilkadziesiąt metrów. Jest jednak pięknie zwieńczony. Kończy go bowiem platforma Nowego Rynku, pośrodku której patrzy na nas Tadeusz Kościuszko. Ale za nim powiem Tadkowi cześć, zajrzę jeszcze do eklektycznego kościółka Świętego Ducha z lat 1828-92. Wspaniałe wnętrza, piękne polichromie i ołtarze, niesamowita kopuła - zajrzyjcie. A naprzeciw kościoła Ratusz Nowomiejski, niewielki, klasycystyczny, z wieżyczką, na której zegar, dzwon i sygnaturka. A wszystko bardzo stare jak na Łódź. Ratusz powstał bowiem w latach 1826-27. Na placu jest jeszcze Muzeum, czasem lubię tam zajrzeć. Jest i kamieniczka z lat 1840-93, w której znajduje się najstarsza łódzka apteka. Jest i Dom pod Lwem, monumentalny, trzypiętrowy. Jego można jeszcze pogodzić z "rynkową" architekturą, ale nowe bloki jakie wstawiły tu "nowoczesne" władze zasługują już tylko na pogardę.

Cóż tak oto przeszedłem całą moją bajkową ulicę. Nie wiem czy zobaczyłem na niej wszystko, ale pewnie nie, bo jest na niej tyle, że każdy, przechodząc nią, za każdym kolejnym razem znajdzie coś nowego dla siebie. Ja chciałbym tam znaleźć więcej spokoju i zadumy, a to dzisiaj staje się coraz trudniejsze. Stąd często wydłużam sobie spacer i idę na Stare Miasto, na którym jest jeszcze spokojnie, a na które prowadzi oczywiście Trakt Królewski, wybiegający z Nowego Rynku, dziś zwany ulicą Nowomiejską. Na Starówce, która w dziewięćdziesięciu chyba procentach została zniszczona w latach 1939-50, odnajduję spokój i zastanawiam się jak było tutaj w wieku XIV i XV, gdy powstało miasto, jak w XVI i XVII, gdy osiągnęło szczyt rozwoju, jak w XVIII, gdy wojny i pożary doprowadziły do jego upadku. I jak Łódź wyglądała w początkach XIX wieku, gdy odwiedzał ją Staszic, a później Rajmund Rembieliński stworzył tu Nowe Miasto i dał początek Łodzi przemysłowej, no i oczywiście dzisiejszej ulicy Piotrkowskiej. Trzeba mieć naprawdę dobrą wyobraźnię. Pomaga mi w tym najpiękniejsza, moim zdaniem, świątynia w mieście. To Kościół Staromiejski Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. To dopiero jazda. Gmach powstał dopiero w latach 1888-97, ale jego wnętrza to zupełnie inny, średniowieczny świat. Wspaniałe gotyckie ołtarze i ten piękny tryptyk w ołtarzu głównym. Kaplica Matki Bożej z cudownym obrazem z 1655 roku, i te kilka zaledwie zabytków z XVII i XVIII wieku. Ta świątynia ma duszę, wiele widziała i słyszała, jest dumna bo należy do najstarszej łódzkiej parafii, która powstała w 1370 roku. Jest to dla mnie naprawdę wspaniały obiekt, do którego zaglądam gdy tylko mogę. Tu było serce tej najstarszej Łodzi, średniowiecznej, z której nie pozostało praktycznie nic. Dobrze, że jest w Łodzi Piotrkowska...

***

Samotnik

Ulica Ogrodowa numer 22. Przede mną brama na obszerny podwórzec , a raczej plac. Po prawej jakieś stare, brudne i ciemne mury. Za mną podobnie, acz jeszcze potężniej, wielgachne mury ceglanej twierdzy Izraela Poznańskiego za ceglanym murem, zwieńczonym misternie kutym, stalowym płotem. Na lewo też jakieś mury. Można rzec prawdziwy murowany kołchoz. Przede mną jednak trochę wolnej przestrzeni, placyk, na którym stoi prawdziwy łódzki dziadek, świadek czasów odległych, mieszkaniec pierwszej Rzeczpospolitej, Rzeczpospolitej szlacheckiej. Trochę dalej, w lewym narożniku placu stoi jakby laska, którą ów dziadek podpiera się od początku swojego żywota. Zawsze dotrzymuje mu ona kroku, choć dzisiaj wyraźnie widać, że jest ona już zmęczona tym ciekawym, ale też niewątpliwie ciężkim życiem. Dookoła rosną drzewa, wiekowe, grube, wciąż zielone, ale na pewno nie tak stare jak nasz bohater. Cóż oto ten dziadek porabia dzisiaj na tym niewielkim placyku w centrum wielkiego, zagonionego miasta ?

Pośród pradawnej puszczy, nad bystrą rzeką, gdzieś koło XII, może XIII wieku powstała niewielka wioska. Była mała, niebogata, a życie w niej upływało na znojnej pracy. Może z rzadka ktoś obcy jechał pobliską drogą, a może nawet jechał tędy częściej, bo wiódł tu szlak królewski. W 1332 roku wioska znalazła się w majątku włocławskich panów biskupów. Ludzie zaczęli pomieszkiwać bliżej owej drogi, zaczęli budować miasto. A ponieważ miasto powinno mieć swoją parafię, tedy arcybiskup Gniezna Jarosław Bogoria Skotnicki wespół z biskupem włocławskim Zbilutem Galanczewskim erygowali we wsi Łodzi parafię pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Powstał mały, modrzewiowy kościółek, którego wygląd dzisiaj jest sprawą wyobraźni. Owa mała świątynia przeżyła czterysta lat i różne były koleje jej losu, tak jak różne były losy owej wsi, a od 1423 roku miasta Łodzi. W 1765 roku ów malutki "pradziadek" musiał ustąpić miejsca swojemu następcy. "Syn" był nieco większy, ale również drewniany. Ufundował go biskup włocławski Antoni Ostrowski. Syn przeżył bardzo wiele, może więcej niż jego poprzednik. Były to jednak wydarzenia straszne w historii Rzeczpospolitej. Najpierw utrata niepodległości, która nastąpiła w wyniku zaborów. Oglądał on powstańców w roku 1794, 1831 i 1863. Przyjmował w swoich progach tych bojowników o wolność, błogosławił im i pozdrawiał ich. Widział jak synowie i ojcowie szli do boju, widział płacz matek i żon, gdy ich bliscy z boju nie wracali. Radował się wraz z łodzianami i smucił, gdy i oni byli smutni. Przez ten cały czas zdążył też znacznie powiększyć swoje rozmiary, ale po pewnym czasie nie był już w stanie podołać obowiązkom wobec mieszkańców rozrastającej się Łodzi. I kiedy w 1888 roku postanowiono budować nową świątynię, nasz "dziadek" znalazł się w niebezpieczeństwie. Łodzianie zdali jednak egzamin z wierności i wdzięczności. Nie pozwolili by modrzewiowa świątynia, która tak głęboko wrosła w historię miasta, została zatracona. Przenieśli więc naszego dziadka na ów placyk, na ulicę Ogrodową numer 22. Wraz z nim zabrali ową laskę, bez której wiekowy pan nie dałby sobie na starość rady. Ustawili więc drewnianą dzwonnicę nieopodal kościółka. Po przeprowadzce kościółek, który od 1888 nosi wezwanie św. Józefa wielokrotnie zmieniał swoje oblicze. Zmienił się zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Dzisiaj kiedy staję przed naszym dziadkiem, który tyle widział i słyszał, widzę trochę tej dawnej Łodzi, zamkniętej w modrzewiowych ścianach. Wnętrza są tak odmienne od innych, przez samą świadomość wiekowości świątyni. Polichromie na ścianach przypominają mi o ludowym, chłopskim rodowodzie kościółka. Bo przecież łodzianie, mimo iż byli mieszczanami uprawiali ziemię i z tego faktycznie się utrzymywali. Niezbyt duże wnętrze, jedna nawa ... to sprawia wrażenie ciepła, jakiejś dziwnej bliskości. O epoce, w której powstał kościółek przypominają stylowe ołtarze, choć niestety neobarokowe, z początku XX wieku. Ołtarz główny pod wezwaniem św. Józefa, jasny, wyraźnie uwidacznia się w dosyć głębokim prezbiterium. Na bocznej ścianie wisi jednak stary obraz Matki Bożej, chyba z XVII wieku ... on pamięta już naprawdę zamierzchłe czasy. Wszystko jest tutaj takie skromne, a zarazem takie stare i cenne. Ta prostota jest jednak piękna, jakaś taka romantyczna.

Na ścianie prezbiterium wisi jakaś tablica pamiątkowa. Nie wiem jednak jaka, chyba jest na niej herb Łodzi, ale nigdy nie zdołałem się z nią zapoznać. Pod lewym ołtarzem jest jakiś mały ołtarzyk, tak to przynajmniej wygląda. Zawsze zastanawiam się czy to nie jest przypadkiem pozostałość po ołtarzach ze starej epoki. Są i piękne malowidła na ścianach prezbiterium. Pod nogami posadzka, kiedyś były drewniane bale. Na ścianach tynk i polichromie, dawniej były gołe, modrzewiowe dechy ... co lepsze, oryginalne, surowe, modrzewiowe bale, czy przerobione, otynkowane i polichromowane ściany? I to ładne, i tamto ładne, chyba trzeba przyjąć to co jest. W kruchcie stoi jeszcze stara chrzcielnica.

Widzę to wszystko jakby przez mgłę, bo choć często odwiedzam starą świątynię, to prawie zawsze jej podwoje są zamknięte. To chyba troska o dobytek, który znajduje się w środku ... cóż takie czasy nastały. Gdyby chociaż kruchta była otwarta... Można by zajrzeć do prastarego łódzkiego wnętrza. Bo ten kościółek to prawdziwy samotnik, "obiekt kopalny", jedyny świadek czasów, w których Łódź nie była jeszcze miastem przemysłowym. Na Starym Mieście, na którym zbudowano naszego dziadka, nie ma żadnego domu, który pamiętałby czasy Łodzi rolniczej. Starówka zmieniła się do naszych czasów całkowicie. Z resztą trudno wymagać by do dzisiaj przetrwały osiemnastowieczne drewniane domy. Cudem i wielkim szczęściem wydaje się więc fakt, że przetrwał stary, modrzewiowy kościółek św. Józefa, od 1888 roku znajdujący się przy ulicy Ogrodowej numer 22.

***

Oczyszczenie

W Krakowie i Warszawie mają swoje Bielany, Łódź ma swoje Łagiewniki, największy miejski kompleks leśny w Europie, a z pewnością najpiękniejszy naturalny, miejski las w Polsce. Ale oprócz tego 1200-hektarowego lasu znajduje się w Łagiewnikach jeden z najcenniejszych obiektów miasta Łodzi.

Znów jestem na starym, średniowiecznym trakcie królewskim z Torunia do Krakowa. Autobus toczy się ulicami miasta, by po kilku minutach wjechać do zupełnie innego świata. Jakież zaskoczenie wywołuje nagła ucieczka od świata betonowo-asfaltowych kolosów, od ruchu i gwaru wielkiego miasta. Jak dziwne jest to, że nagle znika człowiekowi sprzed oczu widok domów, ulic i całych stad ludu pracującego i niepracującego. Te kilka kilometrów drogi przez prastary łódzki las jest niczym długa podróż, wycieczka do świata przyrody, w którym odnaleźć można spokój i ciszę, usłyszeć śpiew wszelakiego ptactwa, zobaczyć pośród ogromnych konarów wiekowych dębin skrzydlatego drapieżcę, a na ziemi, pośród gęstych krzewin chrumkającego odyńca, skoczną, płochliwą sarnę, czy szybkiego i bystrego szaraka. Pośród ostatnich, zachowanych ostępów Łódzkiej Puszczy wiją się malutkie, czyste strumyki i rzeczki, w słońcu lśnią tafle łagiewnickich stawów, po których z dumą prężą swoje torsy tęczowe kaczory, a obok nich pływają zapatrzone w nich kaki. Las jest krainą dziką, wydawałoby się, że niedostępną, a przecież puszcza kończy się tak nagle, jak się zaczęła, bez względu na kierunek marszu jaki wybralibyśmy. Ale nawet ten niewielki fragment lasu, porastającego wysokie, morenowe pagóry i głęboko wcięte wąwozy Łódzkich Wzniesień, dolinki rzeczne Bzury, czy Łagiewniczanki dostarcza tak potrzebnego mieszczuchom wytchnienia, jakiejś radości, wewnętrznego uspokojenia. Pozwala obcować ze wspaniałościami przyrody, pozbierać myśli na nadchodzące dni. Las wywołuje także i podziw. Bo jak nie zachwycić się potężnymi dębami, które kilka setek lat nieprzerwanie królują w puszczy. Jak nie podziwiać wspaniałych, strzelistych jodeł, świerków i sosen, jak nie cieszyć się z widoku grubych, spękanych, białokorych brzóz. Wszystek ten dostatek przyrody może rodzić tylko jak najlepsze emocje i skojarzenia. Zachęca do odwiedzin o każdej porze roku, bo w każdej porze roku jest inny, ale w każdej z nich piękny.

Nad Łagiewniczanką, u stóp stromej skarpy doliny owej rzeczki, w otoczeniu wiekowych drzew i gęstych krzaczysk, w miejscu zwanym Wannami lub Pustelnią stoją dwie, modrzewiowe kaplice. Są to dwa najstarsze sakralne obiekty w mieście. Pierwsza z nich powstała około roku 1676 i pierwotnie stała w innym miejscu. Jest ona podobno dziełem niejakiego cieśli Jerzego, który zbudował ją z polecenia imć Żeleskiego, dawnego właściciela tutejszych włości. Nosi ona wezwanie św. Antoniego i zawdzięcza swoją sławę źródełku, które wybija w jej wnętrzu. Woda z owego źródła ma ponoć właściwości lecznicze, a samo źródełko od dawien dawna znane jest jako cudowne. W kaplicy znajduje się barokowy ołtarz, z obrazem św. Antoniego. Druga kaplica pod wezwaniem św. Rocha stoi naprzeciw pierwszej i powstała w początku XVIII wieku. Wokół kaplic unosi się zapach starego, mokrego drewna. Jest to miejsce na swój sposób tajemnicze i mistyczne, powstanie kaplicy św. Antoniego owiane jest zaś legendami.

Na niewielkim wzniesieniu, na skraju Lasu Łagiewnickiego, otoczony wysokim i grubym murem wznosi się Klasztor Łagiewnicki, rezydencja ojców franciszkanów. Jest to najstarszy murowany zabytek w Łodzi. Powstał w latach 1701-48, łatwo więc odgadnąć, że reprezentuje styl barokowy. Jest to jeden z nielicznych obiektów w Łodzi "czystych stylowo", to znaczy bez dodawania "neo" lub "post".

Można go określić mianem prastarej świątyni ponieważ uczucie jakiego doznaję wstępując w jego progi jest właśnie takie. Grube mury, barokowa fasada, część klasztorna z wieżą zegarową i te wspaniałe wnętrza... Wchodzimy do jednonawowego kościoła i od razu uderza nas bogactwo barokowych zdobień. Wspaniały ołtarz główny z cudownym obrazem św. Antoniego z XVII wieku, wspaniałe ołtarze transeptu: Matki Bożej Szkaplerznej i św. Franciszka. Po lewej kaplica bł. Rafała Chylińskiego z trumną zawierającą relikwie. Ponadto zdobią kościół epitafia i malowane na ścianach "medaliony". Całość wyposażenia to wiek XVIII, nieliczne elementy pochodzą z wieków wcześniejszych lub późniejszych. Jest to jeden z najpiękniejszych, a chyba najcenniejszy obiekt sakralny Łodzi.

Prastara świątynia, prastara puszcza, wszystko to sprawia, że Łagiewniki są jednym z tych magicznych miejsc Łodzi. I chyba dlatego odwiedza je tak wielu mieszkańców naszego miasta szukając tam nie tylko wypoczynku od zgiełku miejskiego życia, ale poszukując również pewnego oczyszczenia duszy, miejsca do zadumy i przemyśleń. Ja kocham Łagiewniki właśnie za ten spokój, mistycyzm i tajemniczość, pomimo tego, że w niektóre dni wolne czy świąteczne zaczynają po trochu przypominać ulicę Piotrkowską.

***

 

Łódź, 2001

 

 


prawa autorskie : Michał Krawczyk

 

Copyright © by Łukasz Krawczyk 2000-2007. Wszelkie prawa zastrzezone.